Witamy w Szczecińskim Informatorze Edukacyjnym. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

Przydatne informacje

Zapraszamy do zapoznania się z naszym nowym działem, gdzie zgromadziliśmy bazę przydatnych informacji.

reklama szczecin

Pierwsi studenci PAM spali na słomie

Gazeta Wyborcza - Szczecin, 10.10.2008



Październik 1948 r. 82-letni dziś dr Mieczysław Brykczyński z walizką, workiem i rowerem wysiadł z pociągu na stacji w Szczecinie. Był jednym z pierwszych, którzy rozpoczęli tu studia medyczne. - Na Rybackiej w sekretariacie jakieś dwie panie powiedziały mi, że coś organizuje się w szpitalu przy Unii Lubelskiej - pamięta

Pierwsi studenci PAM spali na słomie

Okazja do takich wspomnień to obchodzony właśnie jubileusz 60-lecia Pomorskiej Akademii Medycznej. Jego kulminacją będzie zaplanowany na sobotę zjazd absolwentów.

Akademia Lekarska w Szczecinie wystartowała w październiku 1948 r. Na początek - czwarty rok, na który przyjechali studenci medycyny z innych miast. Uczelnia szczecińska wabiła ich pieniędzmi (stypendiami i tzw. dodatkami osiedleńczymi) oraz miejscem w akademiku.

Utrzymanie i przygoda

Emerytowany szczeciński chirurg dziecięcy Mieczysław Brykczyński w 1948 r. (wtedy student z Krakowa) pojechał na obóz sportowy do Złocieńca. Tam zorganizowano im wycieczkę do Szczecina.

- Miasto bardzo mi się spodobało. Woda, zieleń, rozmach, nowe możliwości - opowiada dziś 82-letni Brykczyński. - Ciotka, u której się zatrzymałem w Krakowie, poszła do klasztoru. Nie miałem gdzie dłużej mieszkać. Dlatego skusiła mnie propozycja ze Szczecina. Skorzystałem z możliwości przeżycia przygody.

4 października 1948 r. z walizką, workiem i rowerem wysiadł z pociągu. - Byłem jednym z pierwszych, którzy tu przyjechali - mówi. - Na Rybackiej w sekretariacie jakieś dwie panie powiedziały mi, że coś organizuje się w szpitalu przy Unii Lubelskiej, a zakwaterowanie mamy w gmachu naprzeciwko Akademii Handlowej przy ul. Mickiewicza.

Brykczyński opowiada, że łącznik budynku, czyli ówczesną świetlicę AH, oddali im na mieszkanie. W długiej, kiszkowatej sali podłoga wyłożona była prostą, wymłóconą cepem słomą. Nie mieli nawet sienników. Każdy z tego, co miał musiał wymościć sobie posłanie.

- Salę przez środek dzielił sznur. Na nim zawieszony był jakiś materiał, nie pamiętam koce czy prześcieradła - wspomina dr Brykczyński. - Z jednej strony była nasza część męska. Za sznurem - damska.

Wkrótce pojawiły się sklecone z desek prycze i szafy oraz prymitywne sienniki.

Hala Wyszkowska (dzisiaj prof. Halina Pilawska), studentka medycyny we Wrocławiu, z przyjaciółmi wypoczywała na obozie studenckim w Międzyzdrojach. - W opuszczonych poniemieckich willach pełno było rozkładanych kapeluszy szapoklaków. Najwyraźniej były tam modne. Koledzy spacerowali po plaży w kostiumach i tych szapoklakach. Niesamowity widok - pamięta prof. Pilawska.

Wygłodzeni po wojnie, na obozie objadali się konserwami, serami. Litrami pili kakao. Od rybaków kupowali wędzone flądry.

- Raj na ziemi - mówi prof. Pilawska. - W Międzyzdrojach wybraliśmy się do kina. Przed seansem był dodatek z reklamą, że w Szczecinie tworzy się Akademia Lekarska i kto chce, może się zapisać na czwarty rok. Będą doskonałe warunki. To było korzystne, bo we Wrocławiu nie było szansy na akademik czy stypendium.

Z przyjaciółką urwały się z Międzyzdrojów do Szczecina. Pobiegły na ul. Rybacką, gdzie miały siedzibę władze tworzącej się uczelni.

- Przyjął nas dziekan Chorążak - pamięta prof. Pilawska. - Potraktował jak damy. Byłyśmy oczarowane. Stwierdziłyśmy, że jedziemy do Wrocławia po rzeczy i wracamy.

Najliczniejsza grupa studentów przyjechała z Lublina.

Janusz Kowalski, jako starosta III roku wydziału lekarskiego UMCS, zbierał zgłoszenia kandydatów: "Zachętą była szansa pracy w charakterze asystentów w zakładach teoretycznych, tak by Akademia była w pełni przygotowana do otwarcia pierwszego roku studiów w 1949 r." - napisał we wspomnieniach*. - "W Lublinie zdecydowało się na wyjazd 30 studentów. Stanowili oni połowę studentów IV roku w Szczecinie. Drugą połowę "dały" inne wydziały lekarskie uniwersytetów i akademii. Osobiście złożyłem podania w Szczecinie. Być może to zdecydowało, że jako organizator największej grupy studenckiej otrzymałem indeks nr 1".

Sylwester Karmiński: "Większość stanowili koledzy z Lublina, na drugim miejscu była grupa z Gdańska, w której skład i ja wchodziłem. Były też koleżanki i koledzy z Poznania, Krakowa, Łodzi, a nawet Warszawy...".

Do końca 1948 r. na czwarty rok dotarło około 50 osób. Jednak jeszcze na piątym przybywali następni. Do absolutorium w 1950 r. było ich już 64. Mieli od 22 do 38 lat. Jedni mniej poranieni po wojnie, inni po walce albo obozach koncentracyjnych.

Dr Brykczyński pamięta, że ci pierwsi mieli kilka dni na urządzenie się. Wkrótce w szpitalu przy Unii Lubelskiej zaczęły się wykłady i ćwiczenia. Pracowali w małych, kilkuosobowych grupach. Zajęcia trwały czasem nawet do godz. 20 czy 22.

 

Życie w Bajce

Studenci mieszkali w surowych warunkach. Nie było zapowiedzianych pieniędzy. Kto mógł, nocami dorabiał w porcie przy przeładowaniu towarów.

Prof. Pilawska: - Poszłyśmy z koleżanką do portu przebrane za chłopaków, bo kobiet oczywiście nie przyjmowano. Początkowo nie miałam zamiaru się ujawniać. Jednak później to zrobiłam. Rozpętała się burza, bo rozeszła się wieść, że lekarze nie dostali stypendiów i muszą dorabiać w porcie.

Dr Brykczyński: - Prof. January Zubrzycki przyszedł do nas i pyta: "Chłopaki, jak wam się żyje?". My szczerze powiedzieliśmy, że kiepsko. Nie ma obiecanych mieszkań ani pieniędzy. Nie ma pracy. On krzyknął: "Draństwo!" i zaczął działać.

Po "aferze z pracą w porcie" szybko pojawiły się pieniądze.

- Dostaliśmy zaległe stypendia i dodatki osiedleńcze. Duże pieniądze. W końcu odżyliśmy - pamięta dr Brykczyński.

Wkrótce także dostali pierwszy akademik. Na dzisiejszej al. Niepodległości mieściła się restauracja Bajka. Nad nią były pokoje hotelowe. Cały budynek stał się domem studenckim lekarzy. W restauracji była stołówka z zawodowym kucharzem.

Skonieczny: "Stołówka z odpowiednim szkłem i sztućcami. Na parterze pianino z wnęką dla małego zespołu grających - podłoga szklana, podświetlana. No i sypialnie 1-, 2- i 3-osobowe!...".

Prof. Pilawska: - Byłam prezesem Bratniej Pomocy, samorządu studenckiego. Kucharz przychodził do mnie i pytał, co ma zrobić na obiad. Proponował np. naleśniki albo mielone. Nad restauracją było piętro kobiet i piętro mężczyzn. Dobre warunki. W restauracji, czyli naszej stołówce, urządzaliśmy imprezy. Kolega Skonieczny świetnie grał na fortepianie.

Zofia Wilkoszewska-Świętochowska: "To szczęście trwało krótko. Już przed V rokiem trzeba było szukać stancji. Akademiki stanęły otworem dla młodszych roczników. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek jakikolwiek rocznik studentów medycyny będzie mógł pracować w takich kameralnych warunkach, w atmosferze niemal rodzinnej w przyjaźni z wykładowcami i asystentami.

Niektórzy, jak dr Brykczyński, dostali posadę z lokum: - Ja miałem pokój i obiad w szpitalu kolejowym, w zamian za dyżur co trzecią noc - mówi doktor.

Leczyć to przyjemność

Na stronie internetowej PAM przeczytać można nazwiska pierwszych wykładowców i organizatorów uczelni: prof. Jakub Węgierko (pierwszy rektor) oraz profesorowie: Tadeusz Chorążak, Artur Chwalibogowski, Tadeusz Markiewicz, Czesław Murczyński, Tadeusz Sokołowski, Witold Starkiewicz, Kazimierz Stojałowski, Józef Taniewski i January Zubrzycki. Wkrótce dołączali do nich kolejni profesorowie: Izabela Cwojdzińska-Gądzikiewicz, Lech Działoszyński, Adam Krechowiecki, Wanda Murczyńska, Jan Sotwiński, Eugeniusz Miętkiewski, Edward Gorzkowski, Irena Semadeni, Bolesław Górnicki.

Leszek Skonieczny: "Zespół wykładowców i ich licznych pomocników musimy uznać po latach generalnie za ludzi wspaniałych i wysoce etycznych. Uczono nas nie tylko suchej wiedzy z poszczególnych specjalności lekarskich, ale także stosunków lekarz-pacjent i np. stosunków międzylekarskich czy solidarności zawodowej (...). Pamiętam pierwszy wykład prof. J. Węgierki - rektora, w którym przekonywał nas, że nie mamy co liczyć na wielkie profity z wykonywanego zawodu lekarza. Bo to niegodne byłoby przecież, żeby lekarz był wynagradzany pieniędzmi, boć to wielka przyjemność leczyć, pomagać cierpiącym itp. Inaczej się ma sprawa np. z zamiataczami ulic i podobnymi zawodami usługowymi, których wykonywanie nie sprawia osobistego zadowolenia - oni muszą być za wysiłek obficie wynagradzani....".

- Wszędzie brakowało lekarzy. Niemal od razu dostaliśmy pieczątki "p.o. lekarz". Żeby dodać sobie powagi, na receptach stawialiśmy je z samego brzeżku. Tak, bo "p.o." ześlizgiwało się już poza receptę - śmieje się dziś dr Brykczyński.

Klinikom brakowało asystentów, uczelni - wykładowców.

Prof. Pilawska: - Już na studiach, na piątym roku zaczęłam prowadzić zajęcia dla kolegów. Profesor Gądzikiewiczowa nie dałaby rady uczyć wszystkich grup. Szkoliła mnie, pokazywała mi przebieg ćwiczeń. A następnego dnia ja prowadziłam zajęcia w części grup, nawet na swoim roku.

Dr Brykczyński opowiada, że odbywali 10-, 14-dniowe staże w poszczególnych klinikach. Podczas stażu na położnictwie panował ścisły rygor. Nie mogli przez cały staż opuścić szpitala. - Wymknęliśmy się z kolegą przez okno nad Jezioro Głębokie - wspomina dr Brykczyński. - Wracamy, tak samo oknem, a tu prof. Zubrzycki dorwał nas i ostro potraktował: "A wy łajdaki, gamonie! Tutaj kobiety rodzą, a wy się włóczycie!".

Wszyscy musieli dyżurować przy porodach. - Wtedy rodziło się w Szczecinie wyjątkowo dużo dzieci. Pamiętam, że dziennie nawet ponad 30. To był powojenny boom - mówi dr Brykczyński. - W mieście panowały przy tym fatalne warunki higieniczne. Ludzie byli wyniszczeni wojną. Umierało nawet siedem i więcej noworodków. My, mężczyźni, musieliśmy wywozić ciała na wózkach. Układaliśmy je w poprzek wózka. Kiedy trzeba było układać drugą warstwę tych ciał, mówiliśmy, że był strasznie ciężki dyżur.

Prof. Pilawska: - Bardzo przeżywaliśmy te zgony. A zdarzały się często. Był to czas wyniszczających biegunek, gruźlicy, polio, dyfterytu. Dziś młodzi lekarze znają je tylko z podręczników.

Stefania Onyszkiewicz-Bielewiczowa: "Był czas na naukę i na różne prace społeczne, jak np. w Kole Medyków i nauczanie poborowych analfabetów w Jednostce Wojskowej Garnizonu Szczecińskiego...".

Lekarze wspominają, że te pierwsze lata były jeszcze spokojniejsze politycznie. Choć wciągnięci w konflikty, miewali problemy i lepiej było nie przyznawać się np. do walki w AK.

Jerzy Lambert: "Gdy w 1950 r. wszyscy otrzymywali absolutorium, dziekan oświadczył mi, że jestem reakcjonistą obcym klasowo, a takim Akademia absolutorium odmawia. Załamałem się. (...) Ostatecznie jednak z kilkumiesięcznym opóźnieniem otrzymałem upragnione absolutorium, jednak dopiero po podpisaniu oświadczenia, że jestem przekonań demokratycznych i zaprzeczam jakobym był reakcjonistą".

Po absolutorium każdy dostał nakaz pracy. Jedni zostali w klinikach, inni musieli jechać na prowincję. Na roku zawiązało się siedem małżeństw. Spotykali się na zjazdach. Przy okazji 50-lecia wydali książkę ze wspomnieniami.

W kwietniu 2008 r. prof. Pilawska zorganizowała kolejny zjazd pierwszych absolwentów. Odnalazła 14 żyjących. Dziewięcioro z nich mieszkało w Szczecinie. Ale niektórzy byli zbyt chorzy, by uczestniczyć w takim spotkaniu.

Do dzisiaj dyplomy PAM uzyskało ponad 9 tys. lekarzy i ponad 3,8 tys. stomatologów.

- Na początku byliśmy jedynakami PAM - mówi prof. Pilawska. - Byliśmy szczęśliwi, choć warunki były trudne. Ale nie rozmawialiśmy o złych rzeczach. Nie wspominaliśmy wojny. Chcieliśmy się uczyć, pracować i bawić. Wszystko, co najgorsze było za nami. Wszystko, co mogło się zdarzyć, mogło być już tylko lepsze.

* Cytaty i zdjęcia pochodzą z publikacji „50 lat w zawodzie lekarza. Wspomnienia pierwszych studentów PAM z lat 1949-50”.


ŹRÓDŁO WIADOMOŚCI
Gazeta Wyborcza - Szczecin


KOMENTARZE


Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Jeśli chcesz dodać swój komentarz, skorzystaj z formularza ».
Wszelkie prawa zastrzeżone © 2005-2017. Właścicielem serwisu jest Atrax Krzysztof Kołakowski.
Wykonanie portalu: Crazybeaver.net