Witamy w Szczecińskim Informatorze Edukacyjnym. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

Przydatne informacje

Zapraszamy do zapoznania się z naszym nowym działem, gdzie zgromadziliśmy bazę przydatnych informacji.

reklama szczecin

Iwasiów: Systemowa schizofrenia (rzecz o studiowaniu)

Gazeta Wyborcza - Szczecin, 21.10.2009



Studenci chętnie opowiadają o profesorach potworach, o magistrach sadystach, może warto poopowiadać o tej ulepionej z nowej matury i popkulturowych impulsów młodzieży?

Iwasiów: Systemowa schizofrenia (rzecz o studiowaniu)

Nie zgadzam się z uogólniającą wizją obecną w toczonych ostatnio dyskusjach na temat wyższych uczelni, zwłaszcza ze stanowczymi, jednoznacznymi ocenami środowiska naukowego. Nie dlatego, że przemawia przeze mnie korporacyjna solidarność, nakazującą obronę stanu posiadania, albo że nie dostrzegam problemów - nie używajmy słowa "patologie", oznaczającego jednak zjawiska z pogranicza prawa i normy społecznej. "Upowszechnienie patologii" oznaczałoby, że szkoły wyższe, ich pracownicy i studenci znajdują się w układzie mafijnym i powinni trafiać do więzienia po przeprowadzeniu stosownych śledztw. Tymczasem jeśli mają miejsce przekroczenia norm i prawa, nie należy opisywać ich "upowszechnienia", mnożyć ekscytujących przykładów, lecz tępić. Nawet w obecnym stanie rzeczy istnieją możliwości przeciwdziałania - nikt nie musi pisać ani uwzględniać "koleżeńskich" recenzji; plagiaty łatwo zweryfikować; podejrzanie obce w porównaniu z możliwościami autora prace powinny padać pod rygorami uczciwej obrony; na kolejne zatrudnienia pracodawca nie musi udzielić zgody. Nie przyjmujmy do wiadomości, iż promotor może nie czytać pracy dyplomowej czy magisterskiej - każdy z nas ma przełożonego i podlega ocenie. Sensacyjne doniesienia opisują nie tyle średnią krajową, ile skrajności. Co zatem stanowi, w oczach pracownicy wydziału filologicznego, problem?

***

Na pewno zmiany cywilizacyjne, zmuszające akademię do ustępstw bez zaoferowania czegokolwiek w zamian. Mówi się nam, że pracujemy z nowym pokoleniem, inaczej postrzegającym kwestie takie jak dostęp do wiedzy, techniki jej pozyskiwania itp. Być może, chociaż to nowe pokolenie miewa kłopoty z prostą edycją tekstu i niekoniecznie porusza się po sieci sprawniej niż my, chyba że sprawność dotyczy wejść na Naszą Klasę. Zmianie uległy za to obyczaje w realnym świecie. Ponieważ dziś więcej wolno, zaciera się hierarchia, studenci lekceważą bardzo często zasady oczywiste do niedawna, a właściwie ich po prostu nie znają. Przejęte przez uczelnie wraz z procesem bolońskim standardy dotyczące np. kontraktów szkoły z "klientem" powodują zanikanie barier. Studenci do nas piszą, często zaczynając e-maile od "witam", telefonują na dzień przed najbardziej ostatecznym terminem złożenia prac dyplomowych, nie znają naszych stopni naukowych (o publikacjach nawet nie wspomnę), a następnie oceniają nas w anonimowych ankietach i na forach, gdzie wypowiedzieć się można na temat "kultury osobistej" (sic!), "kompetencji", a nawet "wyglądu". Kiedyś wymiana tych wątpliwie przydatnych informacji należała do folkloru do sfery plotki, dziś profesor jak gwiazda telenoweli "wisi" w sieci. Trudno w tej pozycji zachować twarz autorytetu, czy choćby eksperta, zwłaszcza gdy ocena dotyczy kwalifikacji niezawodowych.

Mam ochotę zapytać, czy istnieje miejsce, w którym ja mogłabym ujawnić swoją opinię na tak subtelne kwestie? Indeks? Sala wykładowa? W sali wykładowej staram się, a robi tak znakomita większość, realizować program studiów. Nad indeksem drży mi ręka, bo ocena jest zawsze relatywna, uwzględnia możliwości grupy, średni poziom, wreszcie interes szkoły, którą być może należałoby zamknąć, gdyby nie obniżyć wymagań. W indeksie ponadto nie ma osobnej rubryki pozwalającej ocenić czyjeś zachowanie, wygląd, ogólne predyspozycje. Nie ma, bo moja umowa o pracę i każdorazowo zawierana ze studentem nie dotyczy wrażeń, reminiscencji, uprzedzeń, sympatii. Mam im pomóc w nabywaniu orientacji literaturoznawczej i w napisaniu prac. Nie chciałabym wprowadzenia rubryki "co myślę o stylu dziewczyny spod okna", jednak zadaję sobie pytanie, czy obecnie istniejąca asymetria - my do nich z zachowaniem staroświeckich norm kultury, oni do nas z roszczeniami i na luzie - powinna być powszechnie akceptowana? Czy język rozmowy o naszych przewinieniach i zaniedbaniach nie stwarza wrażenia, że poza tym wszystko jest w porządku? Studenci chętnie opowiadają o profesorach potworach, o magistrach sadystach, może warto poopowiadać o tej ulepionej z nowej matury i popkulturowych impulsów młodzieży, z którą pracujemy na co dzień? Nie wyłącznie o plagiatach i fałszerstwach, złej organizacji i opóźnieniach w równaniu do realiów otaczającego nas świata, lecz najpierw po prostu o wyraźnej zmianie obyczaju? Może zmianie męczącej i niepokojącej, która wymagałaby nie tyle modernizacyjnych projektów nastawianych na dostosowanie szkoły do świata, ile refleksji nad światem przychodzącym do szkoły? Rzeczywistość wyższej uczelni to duże grupy i gorszy kontakt, powodowany wcale nie tym, że jesteśmy leniwi, niezorientowani w przemianach społecznych, nie rozumiemy świata i młodego pokolenia. Rozumiemy, ja rozumiem, nadążam, uczę się ciągle, a mimo to bywam bezradna. Obniżyliśmy wymagania, a teraz w dodatku okazujemy się staroświeccy, anachroniczni i do wymiany.

***

Nie zgadzam się też z wizją zawodu akademika jako oszalałego wyrobnika, groszoroba wykładającego byle jak i byle gdzie. Po pierwsze - oczywiście powinniśmy zarabiać na poziomie zbliżonym do średniej w UE, żeby móc się poświęcić nauczaniu, badaniom, pracom na rzecz Uniwersytetu i środowiska. Pogoń za pieniądzem nie jest jednak powszechna. Opisywane barwnie w prasie przypadki osób zatrudnionych na 10 etatach i "prowadzących" setki prac dyplomowych to doprawdy kurioza. Większość z nas decyduje się najwyżej na jedno dodatkowe zatrudnienie i wykonuje swoją pracę solidnie, rezygnując z czasu wolnego, nie zaś przeznaczonego na pozyskiwanie jakichś mitycznych projektów unijnych. Mitycznych, ponieważ ocenianie naukowców pod kątem ich udziału w takich projektach, a także we "wdrożeniach" oznacza przenoszenie na wszystkich tych wskaźników, które mogą charakteryzować rozwój części dyscyplin. Humanistyka rządzi się innymi prawami, humaniście nie zaszkodzi kontakt z dodatkową grupą młodzieży na niepaństwowej uczelni. Podobnie jak nie szkodzą mu społecznie wykonywane prace dodatkowe, udział w debatach, prowadzenie kół naukowych, wspomaganie inicjatyw kulturalnych. Jednym się chce, inni mają swoje sprawy. Ktoś chętnie uczy w weekendy, inny woli odpocząć. Wolę tych, którzy pracują trochę za dużo, dzieląc się wiedzą i oddziałując osobowością. Humanista powinien przede wszystkim kształtować środowisko, w którym żyje, a nie starać się dowieść swej przydatności na przykład poprzez udział w międzynarodowych spotkaniach, mających najczęściej charakter rytualny.

***

W tym kontekście niepokoi mnie także ewentualna rewolucja modelu kariery naukowej. Korekta: tak; rewolucja: nie. Uniwersytet nie powinien wzorować się na nowoczesnych firmach i na siłę uwodzić rynku, niszcząc przy okazji niemodną tradycję. O ile mogę wyobrazić sobie zdolnego biologa, astronoma, fizyka dokonującego odkryć i zajmującego w wieku trzydziestu lat stanowisko profesora bez konieczności pokonywania kolejnych szczebli awansu (gdyby był dość dojrzały np. by kierować ludźmi), nie wiem, jak to mogłoby wyglądać w humanistyce. Jeśli chcielibyśmy większej mobilności kadry, wzorowanego na niemieckim obowiązku znajdowania pracy poza uczelnią, gdzie zdobywamy stopnie, należałoby to opatrzyć szeregiem zastrzeżeń. Po pierwsze: przenosiny to pieniądze, a tych brak. Po drugie: przenosiny to nie tylko wpuszczanie powietrza w system, ale też rozbijanie sprawdzonych przepływów i połączeń. Nie klik, lecz zespołów. O specyfice takiego miejsca jak Instytut Polonistyki i Kulturoznawstwa US, gdzie pracuję, decyduje wysiłek zintegrowanej grupy ludzi, którym na tym miejscu zależy. Gdybyśmy byli tu przelotem, nie stworzylibyśmy tej niemierzalnej tkanki, jaką jest literatura, krytyka, język. Szczecin nie miałby kultury na poziomie akademickim, gdyby był dla nas przejściowym miejscem pracy.

Literaturoznawca, historyk, lingwista sprawdza się w długiej perspektywie czasowej, daje świadectwo kunsztu i dojrzałości nie jednym genialnym rozbłyskiem, lecz w wielu tekstach, wystąpieniach, dyskusjach. Oczywiście, uproszczenie rytuałów wokół np. habilitacji zaoszczędziłoby nam zdrowia, jestem też zwolenniczką zmniejszenia biurokracji, w tym obowiązku prowadzenia bezustannej buchalterii "dorobku". Okazją do środowiskowej weryfikacji tegoż powinny być właśnie stopnie naukowe, o których przyznaniu decydują kompetentne gremia. Nie działają najlepiej? Które? Kiedy? Dlaczego? Jeśli nie działają, można interweniować.

***

W myśleniu o zmianach należy przede wszystkim powiedzieć zdecydowanie: nie ma jednej nauki, uniwersalnego modelu dla wszystkich. Ustawa o Szkolnictwie Wyższym powinna uwzględniać różne role pełnione przez poszczególne dyscypliny naukowe, nie zaś dopasowywać przepisy do potrzeb wiodących ekonomicznie dziedzin nauki. Zaniedbywanie humanistyki już się zemściło, uboga krewna bogatych wydziałów na polskich uczelniach nie może liczyć na inwestycje, poprawę warunków pracy, co wpływa na jakość kształcenia. Przyjęty przez Polskę system boloński, a więc trzyletnie studia licencjackie, dwuletnie magisterskie, czteroletnie doktorskie oraz standardy kształcenia zakładające mobilność, przygotowanie puli przedmiotów do wyboru z jednoczesnym zachowaniem wysokiego pensum dydaktycznego (obowiązkowych godzin nauczyciela) i zwiększaniem liczebności grup to uprawianie schizofrenii. Albo jedno, albo drugie. Albo przyjmujemy niemal nieograniczoną liczbę studentów, bo to daje nam pracę, albo pozwalamy uczyć w małych grupach i faktycznie opiekować się każdym studiującym, pomagać mu w doborze zajęć, a może nawet zasłużyć sobie na miano mistrzyni, mistrza. Starcie nowego ze starym na polskich uczelniach widzę przede wszystkim w tym miejscu, nie zaś w niedostrzeganiu wymogów rynku pracy przez zhierarchizowane organizacje profesorskie. Ostatecznie to Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego udziela zgody na otwieranie nowych kierunków na nowych uczelniach, może więc powinno lepiej się przyglądać tym kierunkom? Na pewno zaś, narzucając standardy kształcenia i zobowiązując uczelnie do realizowania przejętych z nowoczesnej Europy zasad nastawionych na studenta, jego prawa, możliwości przenoszenia się ze szkoły do szkoły, z kraju do kraju, Ministerstwo powinno zmienić założenia dotyczące warunków pracy nauczyciela akademickiego. Zniesienie habilitacji lub wprowadzenie kontraktów terminowych niczego tu nie zmieni. Nauczanie powinno być integralną częścią zawodu, wzbogacać, stanowić warsztat idei, a więc odbywać się w warunkach przynajmniej humanitarnych. To oznacza, że potrzebujemy więcej pracowników nauki, ale nie mnożyłabym nas przez zniesienie szczebli awansu zawodowego, lecz przez tworzenie miejsc pracy dla młodej kadry, absolwentów studiów doktoranckich, które inaczej stracą uzasadnienie. Ich powszechność to także efekt przyjęcia zasad procesu bolońskiego. Kształcimy (bo mamy studia trzystopniowe) doktorów, a obecnie niewielka tylko liczba osób z doktoratem może znaleźć pracę na uniwersytecie. Wąskim gardłem są etaty, a raczej brak etatów, powodowany sztucznym rozładowaniem tłoku przez dopuszczalne zwiększenie liczebności w grupie konwersatoryjnej i wykładowej. Tak więc nie chodzi o to, że zdolna młodzież odpływa z zawodu, woli iść do biznesu lub nie chce stawać przed kolejnymi radami naukowymi w celu uzyskania stopni i tytułów naukowych, bo to strata czasu i dyshonor. Selekcja odbywa się wcześniej, zanim ktoś załamany działaniami rzekomych klik profesorskich mógłby się zniechęcić. Prawdę mówiąc, zniechęci się zanim mógłby poczuć szykany, być ofiarą tej strasznej korporacji twardogłowych, do których i ja się zaliczam.

Na koniec zdanie o kulturze studenckiej, rzeczywiście mniej wyrazistej niż dawniej, choć warto i tego nie uogólniać. Powiedzmy więc, że przeciętny student nie jest zainteresowany tworzeniem kultury, chyba że byłby to teleturniej. Na tę chorobę cierpi całe społeczeństwo, a roznosimy ją także drogą edukacyjną. Przystaliśmy na wprowadzanie do programów szkolnych rozrywkowych utworów literackich kosztem wycofania "nudnych" pozycji kanonicznych. Media informują nas o życiu gwiazd i kolejnych absurdalnie głupich serialach dla nie wiadomo kogo. Akademia nie stawia oporu, byłaby podejrzana o anachronizm, więc udajemy, że kultura masowa, będąc wytworem naszych czasów, stanowi jednocześnie najważniejszy punkt odniesienia. Kultury masowej nie robi się w klubach studenckich, więc czego oczekujemy? Że studenci będą kultywować formy, które już, na wszystkich szczeblach edukacji i kanałach przekazu, odpuściliśmy? Studenci zakładają nadal teatry, gazety, kabarety, koła dyskusyjne, portale internetowe. Ci zaangażowani są w mniejszości, co odzwierciedla niszową pozycję tego typu aktywności w całej populacji.



* Inga Iwasiów jest profesorem literaturoznawstwa, pracuje na Uniwersytecie Szczecińskim i w Wyższej Szkole Humanistycznej TWP, poetka, pisarka, za powieść "Bambino" nominowana do najważniejszych polskich nagród literackich, n.in. do Nike. Zajmuje się krytyką literacką, jest redaktorem naczelnym Szczecińskiego Dwumiesięcznika Kulturalnego "Pogranicza", członkiem Komitetu Nauk o Literaturze PAN.


ŹRÓDŁO WIADOMOŚCI
Gazeta Wyborcza - Szczecin


KOMENTARZE


Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Jeśli chcesz dodać swój komentarz, skorzystaj z formularza ».
Wszelkie prawa zastrzeżone © 2005-2017. Właścicielem serwisu jest Atrax Krzysztof Kołakowski.
Wykonanie portalu: Crazybeaver.net